poniedziałek, 25 lipca 2011

GW i RP

Chciałem uniknąć polityki w tym blogu. Nie, żebym się nią nie interesował. Jak chyba każdy, a przynajmniej większość, mam swoje przekonania i preferencje polityczne, którym daję wyraz w wyborach, ewentualnie w rozmowach z najbliższymi mi osobami. Nie uważam za stosowne szafować moimi opiniami na prawo i lewo. Teraz zresztą też tak nie będzie.
Zamiast pisać o swoich sympatiach, podzielę się pewną obserwacją. Otóż zaczyna mnie naprawdę męczyć to, co robią dwie największe i najważniejsze gazety w kraju. Nie na poziomie informacyjnym, bo tu wiele zarzucić im nie można. Starają się trzymać poziom, choć niektóre artykuły chwilami sprawiają wrażenie pisanych albo na kolanie, albo przez osoby nie mające bladego pojęcia o temacie. Ale to normalne. W końcu, wracając do polityki, nasi posłowie, senatorowie, ministrowie czy nawet radni to przecież eksperci od wszystkiego. Przykład idzie z góry.
To, co naprawdę mnie niepokoi, to działy komentarzy i felietonów. Być może to tylko moje odczucie, ale działy te coraz bardziej zdominowane są przez wzajemne okładanie się pięściami. Przykładów jest aż nadto, więc ograniczę się do pokazania reguły. Pan z RP obsmarowuje pana z GW, że ten obsmarowuje innego pana z RP, że tamten napisał... i tak to idzie dalej. Rozumiem, że każdy ma swoje poglądy, ale sposób ich prezentacji w tych działach już od dawna przestał mi się podobać, a zaczyna mnie wręcz mierzić. Oczywiście zaraz znajdzie się ktoś, kto zapyta: po co to czytam? Po co się męczyć? Otóż - niestety - jeśli ktoś chce być na bieżąco, musi czytać gazety. Żeby się "nie męczyć" musiałbym przestać czytać gazety, a tego jednak nie chciałbym robić.
Do felietonów przeniosły się język oraz retoryka kłótni. Widzimy to w polityce, widzimy to w dziennikarstwie, ale jeszcze dobitniej - i szczerze mówiąc, to mnie dodatkowo przeraża - w komentarzach internetowych. Anonimowa wolność wypowiedzi i relatywna bezkarność, którą oferuje internet pozwala dać upust najbardziej nawet prymitywnym emocjom. Nikt w rozmowie na ulicy, na bazarze czy w autobusie nie pozwoliłby sobie nawet na ułamek takiego stylu i dosadności w prezentowaniu swoich poglądów drugiej osobie. Jednak w internecie nagle wszystkie hamulce puszczają. Można pisać co się chce, bez żadnej odpowiedzialności, zakrzyczeć, wyzwać lub zignorować osoby o odmiennych poglądach. Tu człowiek jest silny i bezkarny.
Wydawałoby się, że komentarze pod artykułami prasowymi zamieszczają inteligentni ludzie. Osoby ciekawe świata, informacji, ciekawe opinii innych ludzi. Gdy się jednak czyta te komentarze, wniosek jest dokładnie odwrotny. Zaś autorzy felietonów czy komentarzy wydają się nie tylko nie reagować, ale wręcz cieszyć się z takiego stanu rzeczy. W końcu mają swoją hordę zwolenników, walczących słowem wyznawców, gotowych obrzucić błotem i krzesłami wszystkich adwersarzy. Ci adwersarze też zresztą są potrzebni, nawet bardzo, bo stanowią w gruncie rzeczy rację bytu felietonistów i ich kółek wzajemnej adoracji. A że przepychanki na słowa dawno już osiągnęły poziom rynsztoka? Co z tego. To nawet lepiej. Na tym tle nawet najbardziej agresywne i bezsensowne felietony będą wyglądały nobliwie.
Ponoć zarówno GW jak i RP to media "opiniotwórcze". Niestety, z roli tej wywiązują się jak małpa, której dano do ręki brzytwę i kazano się ogolić. Zamiast tonować nastroje, dążyć do rzetelnej, merytorycznej, spokojnej i kulturalnej dyskusji, jedynie zaogniają sytuację. Ja wiem, że kontrowersyjni dziennikarze lepiej się sprzedają. Tylko w takim razie zrezygnujcie, drogie gazety, z miana poniekąd misyjnych mediów opiniotwórczych i otwarcie przyznajcie, że zależy wam jedynie na walce o rynek z tabloidami. Chyba, że swoją misję naprawdę pojmujecie jako wyhodowanie sobie gron wiernych wyznawców, gotowych pójść za waszymi felietonistami do piekła, a nawet dalej, z "kurwą" na ustach i pałką w ręku.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Liga Światowa 2011

Nie mogło być inaczej. O historycznym triumfie Polaków coś przecież trzeba napisać.
Występ naszej drużyny w tegorocznej Lidze Światowej widzę przez perspektywę 4 różnych wydarzeń-momentów. Pierwszy to faza grupowa. Dostaliśmy naprawdę mocnych przeciwników: Brazylię i USA, z którymi udało nam się momentami powalczyć. Amerykanów dwukrotnie ograliśmy, Brazylijczyków na ich terenie zmusiliśmy do dużego wysiłku. Zespół miał z kim grać, od kogo się uczyć. Awansu jednak nie wywalczyliśmy na boisku.
Drugi moment to Final Eight w Gdańsku. Tym razem dostaliśmy grupę "lightową". Gospodarzom ponoć idzie się na rękę, co zresztą świetnie widać we wszelkich imprezach robionych w Japonii, gdzie wszystko jest ewidentnie ustawiane pod Japończyków. Ograliśmy Bułgarię, która wyraźnie nie była w optymalnej formie (my zresztą wtedy też nie byliśmy) i dostaliśmy baty od Włochów, dla których - jak się miało okazać - było to jednak jedyne zwycięstwo w całym turnieju finałowym. Grając o wszystko z Argentyną ograliśmy ich i wcale nie uważam, że gracze Webera się nam podłożyli. Owszem, nie mieli presji, żeby wygrać, ale przecież w niedzielę pod presją zagrali dużo gorzej. Zatem to wymęczone piątkowe zwycięstwo było jak najbardziej zasłużone. Na tym etapie skończyła się "pomoc zewnętrzna", która po pierwsze umożliwiła nam grę o najwyższą stawkę, a po drugie, dzięki układowi grup, ułatwiła nam wejście do ścisłego finału. Od tego momentu byliśmy już jednak zdani tylko na siebie.
Trzeci moment to mecz półfinałowy z Rosją. Choć nasi wschodni sąsiedzi wygrali, pokazaliśmy, że chwilami nie tylko dotrzymujemy im kroku, ale gramy lepiej od nich. Na zagrywce zagraliśmy jak nie my, odważnie, konsekwentnie i - o dziwo! - skutecznie. Przegraliśmy atakiem, ale o tym będzie jeszcze miejsce napisać coś więcej. Ten mecz, zagrany otwarcie i odważnie, okazał się kluczem do niedzielnego zwycięstwa.
Czwarty moment to "finał pocieszenia", ponownie z Argentyną. Nasi rywale rozegrali równie dobry i wyrównany pojedynek z Brazylią w sobotę, ale chyba to spotkanie kosztowało ich więcej spokoju. Nasi chłopcy wyszli w niedzielę pogodni, z wielką wolą walki i, przede wszystkim, zwycięstwa. Argentyńczycy chyba albo nie do końca uwierzyli w swoje możliwości, albo przestraszyli się potencjalnego sukcesu, bo pozwolili się zdominować. To był nasz najlepszy mecz w turnieju i zasłużenie, własnymi siłami, wywalczyliśmy brązowy medal.
Oceny indywidualne:
Zbigniew Bartman. Jego kontuzja pod koniec pierwszego meczu z Bułgarią wprowadziła sporo zamieszania zarówno w samym spotkaniu, jak i w taktyce na kolejne mecze. Sądząc jednak po osiągniętym wyniku, nie była aż tak wielkim osłabieniem. Nie sądzę, żeby ze zdrowym Bartmanem na ataku udało się poprawić obecny rezultat. Wciąż na 100% nie wiemy, czy eksperyment Anastasiego można uznać za sukces, czy też nie.
Łukasz Żygadło. Pokazał, że może prowadzić grę w meczach o najwyższą stawkę. Przede wszystkim gra bardzo poprawnie, z małą ilością błędów, choć jego grze daleko do optycznej wirtuozerii De Cecco czy rozgrywających brazylijskich. Co ważne, utrzymał stały, wysoki poziom, zagrał też dobrze w bloku i obronie. Ci, którzy oceniają go ostrzej, powinni przede wszystkim pamiętać, że nawet najlepsza technicznie i taktycznie wystawa nic nie da, jeśli atakujący nie zdobędzie punktu. A z tym mieliśmy największy problem.
Bartosz Kurek. Bez wątpienia nr 1 tej reprezentacji. W ataku nie do przecenienia, skuteczny na bloku i na zagrywce. Nie okazał się też "dziurą" na przyjęciu i na obronie, czego niektórzy się obawiali. Gracz wciąż młody, perspektywiczny i przy właściwym prowadzeniu może stać się jednym z czołowych przyjmujących świata. Gdy jest w formie prawdopodobnie najlepszy gracz na swojej pozycji w Polsce.
Michał Ruciak. Człowiek od szarej roboty. Jego zadania były jasne: jak najlepiej przyjąć i zaserwować. Z obu wywiązał się więcej niż dobrze. W ataku jednak najzwyczajniej w świecie nie istniał i to był zasadniczy problem naszej reprezentacji. Nie mamy szans na wejście do światowej czołówki bez drugiego przyjmującego, o podobnych do Ruciaka umiejętnościach w polu zagrywki, przyjęciu i obronie, ale o dużo lepszej skuteczności w ataku.
Michał Kubiak. Alternatywa dla Ruciaka. W ataku prezentował się dużo lepiej od swojego imiennika, jednak Anastasi zdecydował, że mimo to będzie zawodnikiem wchodzącym z ławki, stawiając na ogranie i stabilną formę jego starszego kolegi. Ogólnie pozostawił po sobie bardzo pozytywne wrażenie i podejrzewam, że będzie stopniowo odgrywał coraz ważniejszą rolę w naszej reprezentacji. Kosztem Michała Bąkiewicza, dla którego prawdopodobnie przygoda z reprezentacją weszła w schyłkowy moment.
Jakub Jarosz. Niestałość. To chyba jego główna przypadłość. Brak spokoju, brak pewności siebie: to wszystko wpływało bardzo negatywnie na jego grę przez prawie całą LŚ. Prawie, bo w meczu finałowym zagrał tak, jak się tego oczekuje od atakującego. Pewnie i skutecznie. Jego wkład w ostateczny sukces nad Argentyną jest niezaprzeczalny. Mam nadzieję, że w Latinie pod okiem trenera Prandiego nie tylko pokaże swój potencjał, ale też rozwinie się technicznie i mentalnie.
Piotr Gruszka. Niecałe 10 lat temu napisałem w tekście dla pewnego portalu sportowego, że marnuje swój talent graniem w drugiej lidze włoskiej i lidze francuskiej. Przez długie lata wydawało się, że miałem rację, jednak w 2009 roku Piotr Gruszka udowodnił mi, że się myliłem. Pokazał mi, że byłem niecierpliwy, bo na dłuższą metę jego wybory przyniosły skutek: Mistrzostwo Europy dla zespołu, a dla niego indywidualnie tytuł MVP. Cóż dodać? Choć ewidentnie nie był on w Gdańsku w formie, pomógł drużynie. Wniósł ogromny spokój, umiejętności w obronie (nie zapominajmy, że w zależności od potrzeby gra on na dwóch pozycjach: przyjmującego i atakującego) i przede wszystkim pokazał, że zawsze można na niego liczyć nawet, jeśli gra tylko na "godności osobistej".
Grzegorz Kosok. Przebojem wdarł się do pierwszej szóstki. Dobre warunki fizyczne, dobra motoryka, coraz lepszy atak, solidny blok, ciekawa zagrywka. Będzie z niego pożytek dla reprezentacji.
Piotr Nowakowski. Od paru sezonów czekałem na jego przebudzenie. Warunki, motoryka i umiejętności predestynowały go do gry w pierwszej szóstce, ale jakoś ciągle nie mógł się do niej przebić. W końcu mu się udało i pokazał, że zasłużenie. Mamy dwóch solidnych, podobnych do siebie, perspektywicznych środkowych.
Marcin Możdzonek. Przegrał rywalizację z młodszymi, niższymi kolegami i zapewne zadecydowały o tym wspomniane wyżej motoryka oraz szybkość, przemawiające na korzyść Nowakowskiego i Kosoka. Wzrost to nie wszystko: na środku potrzebny jest też refleks i siła w ataku: tu akurat Możdzonek ma mnóstwo do roboty, jeśli chce mieć murowane miejsce w szóstce.
Paweł Woicki. Gdyby miał te 10 cm. więcej, to pewnie mógłby otwarcie rywalizować o miejsce w wyjściowej szóstce. Mimo to pokazał się z dobrej strony, spełnił swoją rolę i zadania taktyczne i, co najważniejsze, wie jakie jest jego miejsce w drużynie. To ogromnie ważne.
Krzysztof Ignaczak. Może najpierw trochę marudzenia: jego przyjęcie wciąż nie jest perfekcyjne. Ten element, kluczowy dla libero, sprawia, że pomimo nagrody indywidualnej nadal nie jest w najściślejszej czołówce najlepszych libero świata. Jednak przy tym, co wyprawiał w obronie, ręce same składają się do oklasków. Ignaczak, obok Kurka, to najważniejszy gracz tej drużyny i jego rola w naszym sukcesie jest nie do przecenienia.
Andrea Anastasi. Pierwszy turniej, pierwszy sukces. Osiągnięty w połowie przy "zielonym stoliku", ale wszelkie sprzyjanie nam w w początkowych fazach tegorocznej LŚ zrównoważone było przez braki kadrowe w naszej drużynie. Zaś dwa ostatnie mecze pokazały prawdziwe możliwości zespołu i umiejętności Anastasiego. Wielkie brawa i podziękowania dla włoskiego szkoleniowca.
Co dalej? Czy był to tylko jednorazowy sukces? Okaże się. Podstawową rzeczą do poprawy jest atak ze skrzydeł: sam Kurek, z okazjonalnie włączającymi się Bartmanem/Jaroszem/Gruszką to za mało. Ustabilizowanie formy jednego z tych ostatnich oraz wzmocnienie ataku na lewym skrzydle to podstawowa bolączka zespołu i trenera. Jest to dodatkowo ważne, gdyż pozwoli na bardziej kombinacyjną grę na rozegraniu. Drugim elementem jest zagrywka. Jak pokazały dwa ostatnie mecze, nawet my możemy ją w miarę ustabilizować, a jednocześnie utrzymać wysoki poziom jej trudności. Bez tego bowiem trudno oczekiwać najważniejszych sukcesów.
To są dwie kwestie, które wydają mi się kluczowe, by zrobić dalszy postęp. Oczywiście nie oznacza to, że nie należy poprawiać i doskonalić dziesiątek innych elementów, nawet drobiazgów. Jednak poprawa ataku oraz ustabilizowanie zagrywki powinny dać widoczny, jakościowy krok do przodu i przybliżyć naszą reprezentację do światowej czołówki do której wczoraj głośno zapukała.

piątek, 8 lipca 2011

Król Roger

Jak groch z kapustą, to groch z kapustą. Było już o medycynie, literaturze, sporcie, języku, czasopismach kobiecych dwa wieki temu, to pora na recenzję operową.
Byłem na "Królu Rogerze" Karola Szymanowskiego, w reżyserii Davida Pountneya w operze warszawskiej. Przedstawienie było zachwalane jako wydarzenie artystyczne i jako takie zostało połączone z przejęciem przez Polskę prezydencji w UE. Wybór w zasadzie trafny, bo "Król Roger" to jedna z najciekawszych polskich oper XX wieku, która - co warte uwagi - zajmuje się tematem przekraczającym granice państw i czasu. Tematem wielokulturowości. Polskość jej autorów, a jednocześnie uniwersalizm jej przekazu idealnie wpisuje się w ideę wspólnej Europy, w której Polska ma swoje ważne miejsce.
Tyle teorii, a właściwie podbudowy ideologicznej. Jak to wyszło w praktyce? W ostatnich latach "Król Roger" wystawiany był na scenach europejskich przynajmniej w trzech różnych wersjach reżyserskich. We Francji swoją wersję zaprezentował Warlikowski, w Polsce Treliński, natomiast Pountney zrealizował swoją wizję opery Szymanowskiego na potrzeby Festspiele w Bregencji, którego jest zresztą dyrektorem generalnym. Nagła popularność opery Szymanowskiego z librettem Iwaszkiewicza powinna tylko cieszyć, bo oznacza to, że szerokie kręgi melomanów przyzwyczajonych do Mozarta, Verdiego i Wagnera nagle odkrywają, że Polska nie jest pustynią na muzycznej mapie Europy, a twórczość Chopina (dla wielu na Zachodzie bardziej Francuza niż Polaka)  nie była tu odosobnioną oazą. Zapewne uniwersalność tematu "Króla Rogera" zachęca do wystawiania go na scenach europejskich w myśl założenia, że jego przekaz będzie bardziej czytelny dla niepolskich odbiorców niż "Halka" albo "Straszny Dwór". Tak na marginesie ostatnio widziałem w TV wywiad z Łukaszem Borowiczem, jednym z naszych najzdolniejszych dyrygentów młodego pokolenia, który opowiadał o autentycznym zachwycie nieznaną szerzej muzyką Moniuszki, z którym spotkał się dyrygując orkiestrami na zachodzie. Wróćmy jednak do "Króla Rogera".
Opera ta powstała na fali zachwytu Szymanowskiego południem Włoch, które kompozytor odwiedził. Ogromne wrażenie zrobiła na nim specyficzna mieszanka kultur, w której można było odnaleźć elementy antyczne, arabskie, bizantyjskie i normańskie. Ten tygiel kulturowy natchnął Szymanowskiego do stworzenia dzieła muzycznego, które w pewien sposób by to ilustrowało. Zamysł naprawdę ambitny: oddać muzycznie wrażenia wywołane architekturą i specyfiką miejsca. Do napisania libretta nakłonił swojego młodego kuzyna i zapewne przez pewien czas kochanka - Jarosława Iwaszkiewicza. Obrazom muzycznym została nadana zewnętrzna forma literacka, opowieść, która miała spajać wszystko w jedną całość. Powiedzmy szczerze - opowieść dość naciągana, trochę pretensjonalna, niejasna w swoim ostatecznym przekazie. Niektórzy odbiorą zapewne samą treść jako zbędny balast, który jest sztuczną ramą dla muzycznych fantazji Szymanowskiego. Nie chcę w to wnikać: "Król Roger" jest dziełem otwartym, bez prawdziwej konkluzji czy typowego zakończenia, pozostawiającym odbiorcy wolność odbioru i interpretacji.
I tu przechodzimy do sedna. Współczesne realizacje opery Szymanowskiego narzucają jednoznacznie odbiorcy wizję reżysera. Licentia artistica, powiedzą jedni. Być może. Ja jednak widzę to trochę inaczej. "Król Roger" jest mimo wszystko operą dość słabo znaną, wystawianą ani specjalnie często, ani specjalnie chętnie. Jest to także dzieło dość młode jak na standardy operowe, zaledwie osiemdziesięcioparoletnie. Gdzie mu do Mozarta, Rossiniego, Verdiego czy nawet Pucciniego, których opery królują niepodzielnie na scenach całego świata. Nie dziwią mnie zatem, ani nie oburzają próby modernizacji "Don Giovanniego", "Rigoletta" czy "Madame Butterfly" - w końcu ile można wystawiać w kółko te same realizacje? Melomani znają te dzieła na pamięć i aby zachęcić ich do ponownego odwiedzenia opery należy im zaoferować coś nowego, świeżego, zaskoczyć ich. Nie można jednak przykładać tej samej miary do klasyków czy nawet "pewniaków"  światowych scen operowych i do relatywnie słabo znanego Szymanowskiego. I to w sytuacji, gdy zarówno temat jak i treść są same w sobie dość hermetyczne, trudne w odbiorze. Kim był "Don Giovanni" wiedzą nie tylko bywalcy opery, kim był Roger II wiedzą nieliczni historycy, specjaliści od włoskiego średniowiecza.
W tej sytuacji uważam, że jest taktycznym błędem wystawianie reżyserskiej, uwspółcześnionej wersji "Króla Rogera" w sytuacji, gdy praktycznie nikt z widzów nie wie, jak ta opera wyglądała w zamyśle autorów. Komu będzie chciało przebijać się przez libretto? Jeśli nawet ktoś przeczyta streszczenie w programie, to wyciągnie z niego następujący wniosek: jakiś król wchodzi w konflikt z bliżej nieznanym pasterzem, który mu uwodzi żonę, a na końcu okazuje się Dionizosem. I co z tego wynika? Dokładnie nic! Jakże potrzebny, dla choćby szczątkowego zrozumienia "Króla Rogera" jest szerszy kontekst! Trzymanie się didaskaliów Iwaszkiewicza! Wprowadzenie okoliczności powstania dzieła! W przeciwnym razie odbiorca dostaje półtoragodzinną sekwencję muzyki i obrazów, z której wychodzi kompletnie zmieszany, nie wiedząc co naprawdę widział i co ma o tym wszystkim myśleć. Reżyser powinien myśleć nie tylko o sobie i realizacji własnych ambicji artystycznych, ale przede wszystkim o dziele i o jego odbiorcach.
Nie znaczy to, że przedstawienia Pountneya jest samo w sobie złe. Napisać coś takiego byłoby nieprawdą. Scenografia, jakkolwiek wierna didaskaliom Iwaszkiewicza tylko w 1/3, jest imponująca. Gra świateł robi ogromne wrażenie, podobnie jak sceny zbiorowe, którym Pountney umie nadać monumentalną elegancję. Problem pojawia się w scenach solowych, duetach i triach, które wyraźnie odstają na niekorzyść, trącąc niekiedy pretensjonalnością. Specyficzna koncepcja scenograficzna i iście gimnastyczne wymogi przed którymi stanęli wykonawcy okazały się zgubne dla Olgi Pasiecznik, wykonawczyni roli Roksany, która musiała śpiewać z proscenium z nogą w gipsie i o kulach. Zamysł wizualno-choreograficzny, choć imponujący, okazał się zatem ex post,  mówiąc kolokwialnie, przekombinowany.
Oddzielne zastrzeżenia mam do całego aktu trzeciego, który w zamyśle autorów, po ujawnieniu prawdziwej tożsamości Pasterza-Dionizosa, przekształca się w bachanalia. Wersji Pountneya bliżej raczej do rytualnej ofiary Azteków, z wszechobecną krwią oraz zupełnie niedionizyjskimi symbolami. Co bowiem robią odcięte głowy barana lub wołu na pochodzie boga, któremu poświęcony jest kozioł? Co mają radośnie pogańskie pijaństwo, śpiewy i tańce wspólnego z podcinaniem gardła Roksanie i znikaniem w rytualnym palenisku ofiarnym? Tu nie mamy już do czynienia z licencją arytstyczną, ale ze świadomym i - moim zdaniem nieuprawnionym - odejściem od treści i przekazu oryginalnego dzieła.
Powtórzę, sama realizacja była naprawdę ciekawa, miejscami wręcz olśniewająca. Cóż jednak z tego, jeśli miała ona niewiele wspólnego z oryginalną koncepcją "Króla Rogera"? Jaki jest tego sens? Z pewnością nie przybliży on widzom ani twórczości Szymanowskiego, ani nie sprawi, że zrozumieją, czy choćby spróbują zrozumieć przekaz samego dzieła. Z przykrością zatem muszę stwierdzić, że odbieram to przedstawienie jako niewypał, deformujący oryginalne dzieło oraz jego przekaz i oferujące wizualnie efektowną, ale w sumie pustą rozrywkę. Ale, czy aby na pewno rozrywkę? Jestem, niestety, przekonany, że przygniatająca większość widzów po prostu nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć, czego dowodem był wyjątkowo mizerny aplauz po zakończeniu spektaklu.

środa, 29 czerwca 2011

Serducho

Znowu będzie trochę o sporcie. Ale i o języku. Ostatnio - choć to może tylko moje subiektywne odczucie - zauważyłem, że w ustach naszych sportowców karierę robi słowo "serducho". "Włożył w coś serducho", albo "zostawił kawał serducha na boisku" można usłyszeć i wyczytać coraz częściej w różnych wywiadach. Niestety.
Mówię wyraźne NIE serduchowym użytkownikom! Nie podoba mi się to i kropka. Przeanalizujmy na chwilę, jak ten słownikowy potworek powstał. Teoretycznie do każdego (lub prawie każdego) rzeczownika można dorobić zdrobnienie i zgrubienie. "Piwo" -> "piwko/piweczko" / "piwsko". Oczywiście jest to tylko teoria: niektórych słów nie zdrabnia się, innych nie zgrubia. Czasem słowo podstawowe samo w sobie może mieć wydźwięk zgrubiający (przynajmniej w powszechnym odbiorze) jak w tym choćby przypadku: suka i suczka, gdzie neutralny rzeczownik "suka" jest odbierany jako mocniejszy czy brzydszy od zdrobnienia "suczka". Tyle krótkiego wstępu. Ad rem.
"Serducho". Słowo podstawowe to "serce", zdrobnienie to "serduszko", ale i "serdeńko" (w specyficznym użyciu, gdy słowem "serce ty moje" określamy nie organ anatomiczny, ale bliską nam osobę). Czemu jednak, u licha, tworzyć zgrubienie? Jaki jest tego cel? Że co, że niby serce nagle urosło, rozdęło się?
Brzmi ono na dodatek kuriozalnie, bo na pierwszy rzut oka stanowi, jakkolwiek by to absurdalnie nie brzmiało, zgrubienie zdrobnienia. Przecież nie mówimy serCucho, tylko serDucho. Czyli od słowa "serd-uszko" odcinamy zdrabniającą końcówkę i dodajemy zgrubiające "-ucho". Oczywiście to nie do końca tak, bo to D tak czy siak musi się tam pojawić (widać to choćby po słowie "serdeczny", też mającym wspólne źródło z rzeczownikiem "serce"). Niemniej jednak, słowo "serducho" brzmi w moich uszach po prostu okropnie, pretensjonalnie, a wręcz wulgarnie. Co niby złego jest w słowie "serce", żeby zamieniać je w wypowiedzi na tego potworka??? Wiadomo, że język ewoluuje i jest to rzecz całkiem normalna, ale, na litość boską, są zmiany na plus i są zmiany na minus. Czy naprawdę jestem jedynym, którego słowo "serducho" odrzuca? Czy inni nie widzą, jego brzydoty i bezsensowności???

poniedziałek, 20 czerwca 2011

REWOLWER I MELONIK

Dziś będzie o jednym z moich ulubionych seriali brytyjskich, znanym w Polsce jako Rewolwer i Melonik. The Avengers, bo taki tytuł nosi w oryginale, narodził się jako dość typowy serial sensacyjny, którego główny wątek dotyczył tragedii jaka dotknęła pewnego lekarza, a mianowicie morderstwa jego żony. Rozgoryczony Eskulap szuka gorączkowo zabójców, a pomaga mu w tym pewien tajemniczy agent z pewnej tajemniczej agencji. Jak możecie się domyślać, nie był to zbyt chwytny pomysł, nawet jak na początki lat sześćdziesiątych, kiedy produkcja telewizyjna była wciąż w powijakach i wszystko wydawało się widzowi atrakcyjne. Nie dziwne więc, że po roku producenci zostawili już tylko agenta, który rozwiązywał przeróżne zagadki i wkrótce dodali mu partnerkę. Ach, co to była za kobieta... Ubierała się w skóry i długie, czarne botki, jeździła na motorze i dosłownie miażdżyła złoczyńców chwytami dżudo. Do butów jeszcze wrócimy, na razie jednak poznajmy bliżej obie postacie.
John Steed, grany z szykiem przez Patricka MacNee jest tym tajnym agentem - ujmującym, inteligentnym, ale też bezwzględnym - z nieodłącznym parasolem w ręku i melonikiem na głowie. Jego partnerką zaś jest Kathy Gale (Honor Blackman), typowa kobieta wyzwolona. Jej buty z miejsca zostały ochrzczone mianem "kinky boots", co w wolnym tłumaczeniu oznacza "perwersyjne botki". Para ta, a zatem i serial, szybko zyskała ogromną popularność na Wyspach, trudno się zresztą temu dziwić. The Avengers byli mieszanką stereotypów starej, dobrej Anglii (Steed) i swingujacych lat sześćdziesiątych (Gale). Po dwóch sezonach Honor Blackman zrezygnowała z występowania w serialu i, niesiona na fali popularności, jaką zyskała, zagrała w Goldfingerze u boku Seana Connery'ego. W jednym z pierwszych odcinków kolejnego sezonu Steed znajduje wśród życzeń świątecznych także kartkę od Kathy Gale:
Mrs Gale. Oh, how nice of her to remember me. What can she be doing in Fort Knox? (Pani Gale. Jak to miło z jej strony, że o mnie pamiętała. Co ona może porabiać w Fort Knox?)
Widzowie musieli skręcać się ze śmiechu słysząc tak zabójczą aluzję. Szybko jednak zapomnieli o ślicznej Kathy, ponieważ jej miejsce zajęła wysoka, smukła i atrakcyjna Emma Peel (Diana Rigg), która podbiła serca widowni nie tylko w Wielkiej Brytanii. Serial w tym czasie emitowany już we Francji i Niemczech został  w końcu sprzedany do USA, gdzie odniósł niesamowity sukces, jak na obcą produkcję. Od sezonu 1967 The Avengers byli nagrywani w kolorze(wymóg widowni amerykańskiej) i, warto o tym wiedzieć, byli w owym czasie najbardziej kosztownym brytyjskim serialem. W epizodach obsadzani byli znani aktorzy tacy jak Christopher Lee, Charlotte Rampling, Peter Wyngarde, Peter Cushing, Brian Blessed czy Julian Glover; scenariusze pisali najlepsi ówcześni autorzy. Zresztą scenariuszom warto przyjrzeć się bliżej. The Avengers ukazywały widzom świat umowny, subtelnie odrealniony, wręcz surrealistyczny. Mimo, że trup ściele się gęsto prawie nie widać krwi. Nie przypominam sobie odcinka, w którym występowaliby przedstawiciele innej niż biała rasy. Chociaż nie, był jeden taki odcinek, w którym były wojskowy angielski, który przez długi czas stacjonował w Afryce, starał się stworzyć swój własny świat, przypominający czasy służby na Czarnym Lądzie, w sercu Anglii (później, prawdę mówiąc, był jeszcze następny). Nie można oczywiście posądzać twórców serialu o rasizm - po prostu takie było założenie, takie też były oczekiwania widzów. Wystarczy popatrzeć na sytuację w Stanach w tym samym okresie: poza paroma filmami z Sidneyem Poitier i Harrym Bellafonte, oraz serialem I Spy z Billem Cosby w jednej z głównych ról na ekranie nie było Murzynów.
Steed i Emma walczyli z reguły z morderczymi spiskami, szalonymi naukowcami, obcymi szpiegami czy nawet z kosmicznymi kuzynami rosiczek. Wiem, wiem - ktoś mógłby powiedzieć, że jest to absurdalne, jednak to właśnie w tym absurdzie tkwi urok tego serialu, serialu, który pozwalał ludziom oderwać się od codzienności i przeżyć wraz z ulubionymi bohaterami cudowną i niebezpieczną przygodę. Osobiście najbardziej lubię odcinki z szalonymi naukowcami i ich "dokonaniami": cybernautami (roboty), morderczymi deszczami, czy wreszcie kotami - zabójcami. Te ostatnie (odcinek The Hidden Tiger) wykorzystuje szalony miłośnik kotów, założyciel PURRR - "Philantropic Union for Rescue, Relief and Recuperation (of cats)". Ci z Was, którzy znają dobrze angielski zrozumieją grę słów, nieprzetłumaczalną - jak mi się wydaje - na język polski. Po długim namyślę proponuję nazwę MRUK (Miłośnicy i Ratownicy Udręczonych Kotów) – co wy na to?  Oczywiście PURRR to nie jedyna organizacja o dwuznacznej nazwie; wystarczy wspomnieć FOG (Friends Of Ghosts), SMOG (Scientific Measurment Of Ghosts), GONN (Guild of Noble Nannies) albo SNOB.
W 1968 roku Steed znowu zostaje sam, znudzona Diana Rigg odchodzi, aby zagrać w ... On Her Majesty's Secret Service u boku George'a Lazenby'ego. Jej miejsce zajęła młoda i ładna choć mało charyzmatyczna Linda Thorson. Aby zadowolić rozsmakowanych już w The Avengers widzów producenci dodali jeszcze jedną postać - Matkę (Mother), jeżdżącego na wózku inwalidzkim szefa Steeda. Pomysł chwycił, ale sam serial zaczynał przygasać; wkrótce więc sam Patrick MacNee zawiesił swój melonik na kołku.
W 1975 roku The Avengers powrócili jako The New Avengers. Steed (w tej roli z powrotem MacNee) dostał do pomocy dwójkę agentów: Absolutnie Bajeczną (ciekaw jestem czy chwyciliście aluzję) Joannę Lumley w roli eks-baletnicy Purdey oraz Garetha Hunta jako byłego majora SAS Mike'a Gambita. To oni z reguły biegali, skakali i bili się, podczas gdy rola Steeda ograniczała się do nadzorowania współpracowników oraz dyskretnej pomocy. Nie oznacza to, że wokół nich skupiała się akcja - MacNee nadal grał główne skrzypce ale pięćdziesięciosześcioletni aktor nie mógł już po prostu fizycznie podołać oczekiwaniom coraz bardziej wybrednej (pod względem układów walk i szybkości akcji) publiczności. Nie zapominajmy, że jesteśmy w połowie lat 70-ych; większość widzów zna filmy z Brucem Lee, Clintem Eastwoodem czy Charlesem Bronsonem. Kiedy dziś oglądamy układy walk w The Avengers z lat 60-ych ciśnie nam się na usta delikatny uśmieszek pobłażania. Tak więc Steed pozostawił bieganie i bijatyki swoim młodszym kolegom ale wciąż flirtował z kobietami, rzucał zgrabnymi żarcikami, a kiedy trzeba było w mniej lub bardziej niekonwencjonalny sposób pozbywał się przeciwników. Nagrano bodajże 26 odcinków tej nowej serii, która pod względem scenariuszy wykazuje właściwości równi pochyłej: pierwsze odcinki były świetne, następne dobre lub niezłe, jednak gdzieś koło 20 daje się zauważyć brak pomysłów na ciągnięcie tego wszystkiego dalej (choć jeden z odcinków kręconych w Kanadzie, dokąd przeniosła się produkcja serialu, dawał złudną namiastkę powrotu do dawnego, ekscentrycznego stylu z klasycznej epoki). Z tej serii najmilej wspominam oczywiście J.Lumley (notabene także zagrała w Bondzie, zresztą w tym samym co Diana Rigg; jest tam jedną z dziewcząt, które przebywają na terapii w klinice Blofelda), a także nową muzykę. W ogóle muzyce, która jest świetna, powinno się poświęcić więcej uwagi. Zrobię to być może przy innej okazji.
Na koniec jeszcze warto wspomnieć o dwóch rzeczach. Patrick MacNee poszedł w ślady swoich koleżanek z planu i też w końcu zagrał w "bondzie" (A View to a Kill). Nie można też zapominać o, co tu dużo mówić, słabym filmie z Ralphem Fiennesem w roli Steeda i Umą Thurman jako Emmą Peel (oraz Seanem Connerym w roli "Złego") - na Fiennesa, przy całej mojej sympatii dla McNee godzę się bez trudu, jednak Thurman to według mnie błąd w obsadzie. Notabene, w filmie tym wystapił też i Patrick MacNee - to on jest tym niewidzialnym szefem archiwów, z którym spotyka się Fiennes.